czwartek, 22 stycznia 2015

Książka stycznia - Emily Giffin "100 dni po ślubie"

Jednym z moich sprawdzonych sposobów na relaks jest czytanie. Książka musi być lekka (lecz nie głupia) i przyjemna. Powinna sprawiać, że odpoczywam, przenoszę się do innego świata. 

Wszystkie moje wymagania spełniają lektury Emily Giffin. Jedną z nich jest książka "100 dni po ślubie", o której chciałabym dzisiaj opowiedzieć.


Źródło

Książka jest stosunkowo dość młoda, jej premiera miała miejsce w połowie 2014 roku. Mój egzemplarz nie posiada okładki, ale wersje papierowe posiadają charakterystyczną dla autorki oprawę - kobiecy portret. Pewnie nie raz pojawi się na tym blogu, że jestem zwolenniczką  książek w formie ebook. W planach mam osobną notkę na ten temat, tak też nie będę się teraz nad tym za bardzo rozwodzić.


 


Empiku książka opisywana jest w następujący sposób:
Ślub bierze się z miłości i z wiarą we wspólną przyszłość z ukochanym mężczyzną.
A jeśli to za mało?
A jeśli kochamy więcej niż raz?

Sto dni po ślubie Ellen spotyka Leo, swoją dawną wielką miłość. Ożywają uczucia ukryte głęboko w sercu. I budzą się wątpliwości – czy podjęła dobrą decyzję? Czy jej mąż Andy jest tym jedynym, z którym pragnie spędzić resztę życia? Czy małżeństwo z nim jest spełnieniem jej marzeń?


Niewiele opisów księgarni w moim mniemaniu odzwierciedla ducha książki. Lecz w tym wypadku jest inaczej. Żeby nie spojlerować, nie mogę powiedzieć dużo więcej. Problemy tutaj omawiane przeżywała każda z nas. A przynajmniej większość. Czy związek, w którym jestem to TEN? Czy może byłabym bardziej szczęśliwsza z poprzednim partnerem? Jakby wyglądało moje życie, gdyby poprzedni związek trwał nadal? Czy mimo wszystko byłabym w tym miejscu, w którym teraz jestem?

"100 dni po ślubie" nie jest pierwszą książką tej autorki, którą czytałam. Charakterystyczny styl pisania autorki został tutaj zachowany - bohaterką powieści jest młoda kobieta, w okolicach trzydziestki, zmagająca się z problemami sercowymi. Narracja została zachowana w pierwszej osobie. Chciałabym pochwalić panią Giffin za nieuleganie modzie na bardzo szczegółowe opisywanie scen erotycznych, co dla mnie jest wielkim atutem. Trzeba przyznać, że świat przedstawiony jest trochę w nadmiarze wyidealizowany, to prawda. Ale jest to zrobione na tyle dobrze, że nie mam o to pretensji do autorki. Dzięki temu książka jeszcze bardziej działa na wyobraźnię, a przez to z większą ochotą po nią sięgam :)

Polecam zapoznać się z recenzjami na Lubimy czytać :)



czwartek, 15 stycznia 2015

Makeup Revolution Nail Geek Clear Skies, czyli lakier, jakich wiele :)

Firma Makeup Revolution weszła szumnie na polski rynek dzięki paletkom Iconic, które są zamiennikami sławnych cieni Urban Decay. Sama jestem w trakcie testowania Iconic 3, póki co jestem z niej zadowolona. Ale to opowieść na inną recenzję. Zamawiając paletkę postanowiłam, że wypróbuję również ich lakiery. I o to przedstawiam Nail Geek w kolorze 08 Clear Skies.




Robiąc powyższe zdjęcie starałam się jak najwiarygodniej oddać jego kolor. Jeśli miałabym go opisać to powiedziałabym, że jest to przytłumiony błękit, rozbielony jeans. Osobiście uwielbiam kolorowy manicure w dziennej wersji i ten lakier idealnie wpisuje się w te kryterium.

Konsystencja lakieru jest przyjemna, dobrze wyważona, niezbyt lejąca, ale i nie za gęsta. Przyjemnie się nim maluje też ze względu na dobrze dobrany pędzelek, który moim zdaniem nadaje się i do wąskiej, małej płytki, jak i do okazałych paznokci :)


Co do wydajności to przeciętniaczek. Zachowuje się tak jak zdecydowana większość lakierów. Do zadowalającego krycia potrzeba dwóch średniej grubości warstw. Opakowanie ma 12 ml, więc spokojnie wystarczy na bardzo długi czas.

Trwałość lakieru jest również przeciętna. Na moim standardowym zestawie bazy i top coatu trzyma się około 3 dni.

Czy polecam ten lakier?
Tak, ale tylko ze względu na kolor. Jest ładny i rzadko spotykany, uważam, że dobrze wygląda zimą, jak przy opalonej skórze. Ale jeśli nie chcecie malować paznokci zbyt często, nie zawracajcie sobie nim głowy. Może jego cena nie jest wygórowana (ok 10 zł, dostępny wyłącznie w sklepach internetowych), ale spokojnie za takie pieniądze można dostać o wiele lepsze lakiery bez zbędnego doliczania kosztów przesyłki - jako przykład mogę podać Rimmel 60s albo lakiery z firmy Golden Rose.

Dla potwierdzenia moich słów, zdjęcia. Uważam, że lakier o wiele lepiej wygląda jeśli dodamy do niego jedną warstwę refleksów.









sobota, 10 stycznia 2015

TAG: all about eyes, czyli wszystko o oczach!

1. Ulubiony krem/serum pod oczy?  
Z racji tego, że mam 22 lata moja skóra pod oczami nie jest jeszcze bardzo kapryśna, wiele kremów pod oczy mi służy. Jak dotąd żaden nie zrobił mi krzywdy, ale jeśli miałabym wybrać jeden ulubiony to w tym momencie byłby to zapewne Rival de Loop z serii  Regenaration. Na półce wygląda na zupełnego przeciętniaczka, ale całkiem fajny z niego gość. Jest treściwy, faktycznie nawilża, dobrze się wchłania, idealny pod makijaż, nie szczypie. Póki co mój ulubieniec :)

2. Ulubiony korektor pod oczy?
Z cieniami pod oczami też raczej większego problemu nie mam. Zależą one przede wszystkim od ilości snu, jednak nie zawsze udaje mi się spać odpowiednio długo dlatego też rutynowo nakładam korektor by ukryć nieprzychylne oznaki zarwanej nocy. Moim zdecydowanym faworytem jest Bell Multi Mineral Anti - Age Conclear w kolorze 01. Jego kolor,wydajność, poziom krycia i delikatna formuła oczarowała mnie na tyle, że póki co nie szukam dla niego zastępstwa.



3. Ulubiony produkt do brwi?
Najczęściej używanym przeze mnie kosmetykiem jest Inglot Brow Sharping Pencil w kolorze 63, który dobrze ujarzmia moje brwi nadając im delikatnego charakteru przy użyciu minimalnego nakładu czasu. Jednakże kiedy mam więcej czasu by przygotować się do wyjścia zawsze sięgam po Color Tatoo Pernament Taupe, który jak dla zapewne większości jest niezbędnikiem do wykonania idealnych brwi. Przy użyciu skośnego pędzelka jestem w stanie wyczarować brwi, w kształcie o jakim marze :)




4. Ulubiona baza pod cienie?
Baza pod cienie, którą kupuję od zawsze to propozycja od firmy Paese. Bardzo trwała, o ładnym własnym kolorze, podbija nakładany kolor i przedłuża jego trwałość. Czy można chcieć więcej?



5. Ulubiona paletka cieni? (musisz wybrać jedną)
Tego pytania bałam się najbardziej. Jest ono najtrudniejsze ze wszystkich omawianych dzisiaj. Zupełnie inną paletkę wybrałabym jadąc w podróż na chrzciny do rodziny, inną na koncert rockowy a inną do włożenia do podręcznej kosmetyczki. Ale jak wybrać tą jedyną? Wybrałam więc tą najbardziej uniwersalną, którą wykonam makijaż zarówno w stonowanych barwach, jak również coś co przykuwa uwagę. Mówię o paletce Sleek Vintage Romance. Jak dla mnie połączenie idealne. Najlepsze dziecko Sleeka jakie miałam okazje testować. Uwielbiam te złota i fiolety, a dodatkowe cienie sprawiają, że nie jest to paletka jednego makijażu. Super!

6. Ulubiony płyn do zmywania makijażu oczu?
Jeśli chodzi o codzienny makijaż sprawa jest prosta. Garnier płyn micelarny radzi sobie doskonale. Nie potrzebuje żadnego dodatkowego wsparcia, a moje niedociągnięcia związane z demakijażem usuwa i tak żel do mycia twarzy, którego użycie jest dla mnie obowiązokwe bez dwóch zdań mimo używania wcześniej micela. Gorzej jeżeli chodzi o mocne smokey czy wodoodporny make up. Od wielu lat używałam dwufazowej Ziai, która bez problemu dawała sobie radę z każdym make upem, ale wraz z rozwojem moich umiejętności i mojej toaletki, płyn ten ma coraz większe braki w działaniu. Jako że mam go jeszcze całkiem dużo, a mocny makijaż oczu nie zdarza mi się zbyt często powolutku szukam dla niego zamiennika.



7. Ulubiony tusz do rzęs?
I tutaj największy dylemat. Moje rzęsy to najlepsze co rodzice mi dali. Wystarczy by tusz był naprawdę czarny i się nie obsypywał. To wszystko. Przy każdym malowaniu zawsze używam grzebyka od Inglota i to jest tak naprawdę ulubiony niezbędnik. A tusz? Za każdym razem kupuję nowy do testowania, ale zakładając, że nie ma już niczego nowego, chętnie wróciłabym do Maybelline Colosal Volume albo MF 2000 Calories.

8. Ulubiony eyeliner? (żelowy, kredka, w pisaku?)
Uwielbiam, kocham, nie wyobrażam sobie życia bez L'Oreal Super Liner! Odkąd go pierwszy raz użyłam nie wyobrażam sobie idealnej czarnej kreski bez jego użycia. Totalny must have!

9. Ulubiony pojedynczy cień?
Kiedy jest mi źle, kiedy nie wiem, jaki makijaż będzie odpowiedni, kiedy jestem chora itd najlepszym rozwiązaniem jest dla mnie Catrice Liquid Metal Eyeshadow 020 Gold'n'Roses. Pomieszanie różu ze złotem jest jednym z najładniejszych zestawień jakie widziałam. Mimo że nie przepadam za złotem, tak tu kupuję go całkowicie.



10. Ulubione okulary przeciwsłoneczne?
 Nie posiadam markowych okularów przeciwsłonecznych. Moje ulubione okulary to polaroidy przedstawione na zdjęciu poniżej:


niedziela, 4 stycznia 2015

Manicure japoński jako rozwiązanie paznokciowych problemów?


Na drugi dzień po zabiegu
Kiedy decydowałam się na studia magisterskie na mojej uczelni, myślałam, że po przejściach na licencjacie, nic nie jest w stanie mnie już zaskoczyć. A jednak. Kierunek położnictwo musi odbyć praktyki z dydaktyki :) nigdy nie wiadomo, co się w życiu zawodowym przyda, więc (prawie) nie marudząc ruszyłyśmy do szkoły zawodowej. Pierwszego dnia trafiłyśmy na zajęcia do kosmetyczek. Jako że zajęcia były praktyczne, dziewczyny zauważyły w nas potencjalne modelki do nauki i tak trafiłam na zabieg japońskiego manicuru.

Paulina, uczennica, która się mną zajmowała, zaczęła od przygotowania moich dłoni do jakiegokolwiek zabiegu, tzn. opiłowała, usunęła skórki, itp. itd. Wykończenie zabiegu zależało ode mnie - odżywienie czy malowanie? Jako maniaczka lakierów w dużym koszyczku nie znalazłam żadnego koloru, który wybiłby się i byłby na tyle oryginalny bym zapragnęła go na moich paznokciach. Spytałam więc o opcję pielęgnacyjną dla moich kruchych, rozdwajających się paznokci. Okazało się, że w zasobach ćwiczebnych szkoły znajduje się również zestaw do japońskiego manicure'u. Dowiedziałam się, że po zabiegu mam mieć piękne paznokcie, wzmocnione i odżywione, a na dodatek błyszczące bez użycia lakieru. Więc czemu nie?

Na zestaw składały się dwa pojemniczki: zielony z pastą i różowy z pudrem. Każdy z nich dodatkowo posiadał w tym samym kolorze polerkę, który używany był do wcierania produktu. Podczas rozmowy z Pauliną dowiedziałam się, że zasada aplikowania jest taka sama jak przy piłowaniu - zawsze tylko w jedną stronę przeciągamy polerką. Zabieg jest bardzo prosty i wszystkie byłybyśmy w stanie wykonać go samodzielnie w zaciszu domowym. Jedyną przeszkodą jest niestety cena takiego zestawu - ok 150 zł. Co prawda, wystarczy on na bardzo długi czas i zdecydowanie przyczyni się do jakości płytki, a nie tylko do jej estetycznego wyglądu jak ma to miejsce w lakierach do paznokci, jednak taki wydatek boli. Zdecydowanie polecam udać się do swojego zaufanego salonu kosmetycznego przynajmniej na jeden dwa takie zabiegi by zobaczyć, czy właśnie o taki efekt nam chodziło.

Jeżeli chodzi o wykonanie zabiegu można go podzielić na kilka etapów:
Po tygodniu
1) Usunięcie zbędnych skórek, np przy użyciu kopytka;
2) Zmatowienie zewnętrznej warstwy paznokcia - podobnie jak przy nakładaniu tradycyjnego lakieru ważne jest aby powierzchnia była pozbawiona tłuszczu.
3) Nałożenie na paznokieć pasty bogatej w witaminy i minerały. Wmasowywanie preparatu powinno zakończyć się dopiero, kiedy paznokieć zacznie błyszczeć - możemy mieć pewność, że specyfik jest odpowiednio zaaplikowany i możemy przejść do kolejnego etapu pielęgnacji.
4) Nałożenie na paznokieć pudru. Może to nastąpić dopiero wtedy, gdy wszystkie poprzednie kroki zostały uprzednio spełnione. Ważne - gdyby paznokcie sprawiały wrażenie zniszczonych, warto powtórzyć nakładanie pudru w ciągu tygodnia od poprzedniej aplikacji.

Dwa tygodnie po zabiegu
Jako że praktyki szybko się kończą, nie do końca został zrealizowany punkt czwarty, a właściwie jego koniec - po tygodniu nie została wtarta kolejna warstwa pudru. Cała reszta zabiegu nie odbiegła od wyżej przedstawionego standardu. Moje paznokcie lśniły, zaraz po zabiegu były twardsze i wyglądały na zdrowe i zadbane.

Robiąc zdjęcie środkowe chciałam pokazać efekty po tygodniu. Nie oszczędzałam rąk, prowadziłam normalny tryb życia. Paznokcie urosły trochę więcej niż zazwyczaj, nadal się błyszczą, lecz niestety trochę mniej niż po zabiegu, jednak ich odporność na wyginanie pozostała równie satysfakcjonująca jak na początku co mnie bardzo cieszy :)

Bez malowania paznokci wytrzymałam dwa tygodnie. To były bardzo długie dwa tygodnie. Jeśli nie mam praktyk na oddziale szpitalnym moje paznokcie 90% swojego życia spędzają będąc pomalowanymi :) Dalej miały ładny kształt nadany przez Paulinę, były tylko trochę dłuższe, więc postanowiłam ich nie skracać. Błysk już mało widoczny, twardość dalej zadowalająca. Wyglądały na zadbane, eleganckie, zdrowe.

Czy zdecyduję się ponownie na taki zabieg?
Pewnie tak, ale już w warunkach domowych. Nie jest to nic trudnego, co wymagałoby wizyty u kosmetyczki. Efekty spełniły moje oczekiwania - manicure znacząco poprawił stan moich paznokci na długo - nosząc już później lakier paznokcie dalej miały wyżej wymienione cechy -  nie łuszczyły się, były twardsze i zadbane. Jedynym minusem, który mnie odstrasza jest cena zestawu. W promocji przedświątecznej znalazłam go za ok 130 zł, co i tak jest dużą kwotą, ale myślę, że mimo to jest ona adekwatna do efektu, który uzyskałam.

Czy polecam?
Zdecydowanie tak, szczególnie osobom z podobnie kapryśnymi paznokciami jak moje - łamliwe, rozdwajające się, miękkie. Warto czasem dać im wytchnąć i wmasować wartościową pastę, która być może rozwiąże choć część problemów. Myślę też, że to dobre rozwiązanie dla dziewczyn, które chciałby po prostu dbać o swoje paznokcie i żeby ich manicure długo wyglądał schludnie - robiąc go dwa razy w miesiącu nie namęczymy się za bardzo, a efekt będzie spełniał estetyczne wymagania.

czwartek, 1 stycznia 2015

Relentlessly red, czyli nieustępliwa czerwień :D

Jestem licencjatem. Kiedyś udało mi się skończyć pierwszy poziom studiów. Mój chłopak docenił wszystkie moje trudy z tym związane i zabrał mnie do salonu MAC abym mogła cieszyć się podwójnie. Bo czymże dla kosmetykoholiczki jest kolejna szminka? No właśnie. Tak też do mojej kosmetyczki dołączyła ona, szminka MAC Relentlessly Red i będzie ona bohaterką dzisiejszego posta.

Zanim zostałam szczęśliwą posiadaczką tego maleństwa, dużo naczytałam się, że jest ona trudna. Trudna w aplikacji i trudna w noszeniu. Ale ja wybierając ją ("najmatowszy" :D z matów) nie liczyłam na masełko ślizgające się po ustach. Mat zawsze jest tępy. Taka jego natura, nie ma co walczyć i się obrażać. Czy się trudno nosi? Mi nie, ponieważ zdecydowana większość moich kolorowych mazidełek do ust jest matowa, więc usta mam przeważnie wypielęgnowane i zadbane. Czy wysusza? Troszkę tak, ale to znowu wina jej wykończenia i znowu, jest to element, który trzeba przewidzieć przy wyborze tej szminki. Ale ja mam na nią sposób. Zawsze nakładam pod nią bazę z MAC, która nie dość, że pielęgnuje usta to jeszcze przedłuża jej trwałość.


Zapach, tak jak wszystkie ustne dzieci tej marki, mają cudowny słodkawy waniliowy zapach. Urzekający, poprawiający humor. Po prostu mega :)

Opakowanie to standardowy nabój. Czarny, elegancki, trwały nabój. Kiedy mam ją w "torebkowej" kosmetyczce i po nią sięgam, zawsze się uśmiecham. Kojarzy mi się z czym ekskluzywnym, moja tajemna broń urodowa :)

Wydajność oszałamiająca. Co prawda, nie używam jej na co dzień, bardziej weekendowo lub od święta, ale nie zauważyłam, żeby jej jakoś znacząco ubywało. Jest to pewnie spowodowane jej trwałością, przez co nie wymaga częstych poprawek. Zdjęcia były robione mniej więcej po pół roku od kiedy ją mam. Używałam jej do tego czasu z 10 razy, a zużycie jak widać :)

Producent pisze, że wytworzenie wykończenia Retro Matte zainspirowane było szminką Ruby Woo. Zapowiada, że tekstura jest jedyna w swoim rodzaju. I się nie mylił. Faktycznie, jak już pisałam najbardziej matowy mat z możliwych nie jest spotykany (przynajmniej przeze mnie) w żadnej innej firmie, z którą się spotkałam. Dają świetny efekt matu, który wyróżnia się na ulicach. Relentlessly Red opisany jest jako żywy różowawy koral.  Tak faktycznie jest gdy patrzymy na sztyft. Podczas robienia swatcha na ręku, przebijają się jej koniugacje z czerwienią w chłodnych, niebieskich tonach. A na ustach wygląda zupełnie inaczej - róż gra pierwsze skrzypce, czerwień odchodzi w kąt. Cóż za nieprzewidywalna szminka!

Stosunek ceny do jakości mogłabym określić jako dobry. Wiadomo, że szminki z firmy MAC są drogie, to nie ulega wątpliwości i raczej nie zapowiada się aby staniały. Ale na przykładzie właśnie tej szminki śmiało mogę powiedzieć, że jest ona warta swoich pieniędzy. Całkiem niedawno byłam na spotkaniu z przyjaciółmi, każda para przynosiła coś do jedzenia wiadomo. Nie zawsze była to tylko sałata, zdarzyły się również pierogi, które niestety w moim przypadku są pogromcami wszelkich mazideł :) a ta bohaterka pozostała niewzruszona na ich względy! Przetrwała, w stanie nienaruszonym 8 godzin i po powrocie do domu musiałam ją zmywać co nie było tak zupełnie łatwe.



Moja opinia? Mega trwała, mega napigmentowana i mega matowa. Czyli zawiera w sobie wszystko to, czego od niej wymagałam. Doskonale przejmuje wodze w makijażu, delikatne oko plus ona i jest super. To sekret na szybki makijaż :)


Czy polecam? Pewnie, że tak :)


Cena 86 zł za 3 g produktu.