sobota, 7 lutego 2015

Najszybszy i najbardziej efektowny środek wyszczuplający - MAC Harmony

Jak zdecydowana większość moich rówieśników lubię czasami pochodzić po yt. Chyba nie muszę dodawać, że najczęściej oglądam filmiki urodowe. Mam swoje sprawdzone youtuberki, do których zaglądam regularnie. I tak właśnie u Panny Joanny poznałam Harmony. Jako że mam okrągłą buzię, stwierdziłam, że to jest właśnie to. Idealny środek wyszczuplający twarz - bronzer.




Konsystencja jest bardzo fajna. Nie pyli przy nakładaniu go na pędzel. Przy użyciu Hakuro H13 po jednym pociągnięciu pędzlem po bronzerze uzyskujemy idealną ilość produktu potrzebnego do konturu jednego policzka. Dzięki temu nigdy nie mam plam, tak jak nie raz zdarzało mi się z innymi bronzerami a tym samym pędzlem.

Wydajność tego kosmetyku jest nieziemska! Zdjęcia były robione trochę wcześniej, bo na początku listopada, ale mogę zagwarantować, że widoczne zużycie nie uległo zmianie mimo używania go około 5 razy w tygodniu od połowy września.

Opakowanie standardowe, typowe dla wszystkich róży MAC. Otwierane, plastikowe, solidne, schludne, estetyczne. Produkt nie pachnie :)





Jeśli miałabym ocenić zgodność towaru z opisem, to mam tu jednak pewne zastrzeżenia. Na stronie internetowej dostajemy informację, że Harmony to "przytłumiony, różowobeżowy brąz". Ja tu jednak nie widzę w żadnym oświetleniu (ani chłodnym, ani żółtym, ani w świetle naturalnym, a tym bardziej na twarzy) żadnych tonów różowych. I bardzo dobrze! Bo różowy bronzer to jednak nie to, o co mi w życiu chodzi ;) W moim odczuciu jest to delikatnie beżowoszary brąz, idealny do udawania cienia kości policzkowych

Źródło


W opakowaniu dostajemy 6 g produktu. Jak widać po kilkumiesięcznym używaniu ledwo starta jest wierzchnia faktura, myślę więc, że była to inwestycja na co najmniej jeszcze dwa lata, chyba, że termin ważności minie szybciej :)

Czy polecam?
Oczywiście! Mam naprawdę dużo kosmetyków. Z różnych kategorii. Ale ten bronzer zdecydowanie jest najbardziej wydajny z całej mojej gromadki. Jeśli jest to akurat nasz kolor i planujemy używać go codziennie, to jest to zdecydowanie dobry zakup. Jeżeli jednak planujemy go używać rzadziej, np tylko przy większych wyjściach, nie ma sensu inwestować. Warto wtedy spojrzeć na pudry modelujące z Inglota. Kolor 505 bardzo dobrze naśladuje Harmony, a ze sprawdzonych źródeł wiem, że jakością depcze MACowi po piętach :D

Cena to 96 zł za 6 g.
Polecam sprawdzić również inne opinie, np na KWC

niedziela, 1 lutego 2015

L'Oreal Infaillible 024 Bronze Divine

Długo szukałam pojedynczego cienia robiącego cały makijaż. W swoich marzeniach wyobrażałam go sobie jako idealny do blednowania, w ładnym, dziennym, ale jednocześnie interesującym kolorze, koniecznie musiał mieć wykończenie satynowe bądź delikatnie perłowe. Przeglądając różne prodkuty trafiłam na ten, L'Oreal Infaillible 024 Bronze Divine. Czy spełnił moje wymagania? Zapraszam do przeczytania recenzji.

Jest to prasowany pigment, dobrze zbity w opakowaniu, nie pyli przy nakładaniu. Drobinki są drobno zmielone, nie ma tutaj mowy też o chamskiej perle.


Zdjęcia robiłam mniej więcej po dwóch tygodniach codziennego użytkowania, jak widać mimo wielu użyć trzyma się jak nowy :) Myślę, że spokojnie wystarczy na bardzo długo (a nawet i dłużej ;))

Jego opakowanie oprócz standardowej nakrętki posiada wkładane wieczko, które dodatkowo zabezpiecza cień przed niebezpieczeństwami czającymi się na dnie każdej kosmetyczki.


Robiąc zdjęcia starałam się oddać najbardziej realistyczny kolor cienia i na moim komputerze jest on identyczny co oryginał. Jest to stare złoto delikatnie podbarwione elementami khaki. Drobinki zanurzone w cieniu to jasne, subtelne złoto. Całość idealnie podkreśla niebieską tęczówkę oka, myślę, że sprawdziłby się też przy innych, np brązowych oczach :)




Czy polecam?
Tak :) jest to bardzo dobry produkt do makijażu dziennego, jak i wieczorowego.

Cena?
Zamówiłam go przy okazji  z jednej z drogerii internetowych, kosztował 9,99 zł :)

czwartek, 22 stycznia 2015

Książka stycznia - Emily Giffin "100 dni po ślubie"

Jednym z moich sprawdzonych sposobów na relaks jest czytanie. Książka musi być lekka (lecz nie głupia) i przyjemna. Powinna sprawiać, że odpoczywam, przenoszę się do innego świata. 

Wszystkie moje wymagania spełniają lektury Emily Giffin. Jedną z nich jest książka "100 dni po ślubie", o której chciałabym dzisiaj opowiedzieć.


Źródło

Książka jest stosunkowo dość młoda, jej premiera miała miejsce w połowie 2014 roku. Mój egzemplarz nie posiada okładki, ale wersje papierowe posiadają charakterystyczną dla autorki oprawę - kobiecy portret. Pewnie nie raz pojawi się na tym blogu, że jestem zwolenniczką  książek w formie ebook. W planach mam osobną notkę na ten temat, tak też nie będę się teraz nad tym za bardzo rozwodzić.


 


Empiku książka opisywana jest w następujący sposób:
Ślub bierze się z miłości i z wiarą we wspólną przyszłość z ukochanym mężczyzną.
A jeśli to za mało?
A jeśli kochamy więcej niż raz?

Sto dni po ślubie Ellen spotyka Leo, swoją dawną wielką miłość. Ożywają uczucia ukryte głęboko w sercu. I budzą się wątpliwości – czy podjęła dobrą decyzję? Czy jej mąż Andy jest tym jedynym, z którym pragnie spędzić resztę życia? Czy małżeństwo z nim jest spełnieniem jej marzeń?


Niewiele opisów księgarni w moim mniemaniu odzwierciedla ducha książki. Lecz w tym wypadku jest inaczej. Żeby nie spojlerować, nie mogę powiedzieć dużo więcej. Problemy tutaj omawiane przeżywała każda z nas. A przynajmniej większość. Czy związek, w którym jestem to TEN? Czy może byłabym bardziej szczęśliwsza z poprzednim partnerem? Jakby wyglądało moje życie, gdyby poprzedni związek trwał nadal? Czy mimo wszystko byłabym w tym miejscu, w którym teraz jestem?

"100 dni po ślubie" nie jest pierwszą książką tej autorki, którą czytałam. Charakterystyczny styl pisania autorki został tutaj zachowany - bohaterką powieści jest młoda kobieta, w okolicach trzydziestki, zmagająca się z problemami sercowymi. Narracja została zachowana w pierwszej osobie. Chciałabym pochwalić panią Giffin za nieuleganie modzie na bardzo szczegółowe opisywanie scen erotycznych, co dla mnie jest wielkim atutem. Trzeba przyznać, że świat przedstawiony jest trochę w nadmiarze wyidealizowany, to prawda. Ale jest to zrobione na tyle dobrze, że nie mam o to pretensji do autorki. Dzięki temu książka jeszcze bardziej działa na wyobraźnię, a przez to z większą ochotą po nią sięgam :)

Polecam zapoznać się z recenzjami na Lubimy czytać :)



czwartek, 15 stycznia 2015

Makeup Revolution Nail Geek Clear Skies, czyli lakier, jakich wiele :)

Firma Makeup Revolution weszła szumnie na polski rynek dzięki paletkom Iconic, które są zamiennikami sławnych cieni Urban Decay. Sama jestem w trakcie testowania Iconic 3, póki co jestem z niej zadowolona. Ale to opowieść na inną recenzję. Zamawiając paletkę postanowiłam, że wypróbuję również ich lakiery. I o to przedstawiam Nail Geek w kolorze 08 Clear Skies.




Robiąc powyższe zdjęcie starałam się jak najwiarygodniej oddać jego kolor. Jeśli miałabym go opisać to powiedziałabym, że jest to przytłumiony błękit, rozbielony jeans. Osobiście uwielbiam kolorowy manicure w dziennej wersji i ten lakier idealnie wpisuje się w te kryterium.

Konsystencja lakieru jest przyjemna, dobrze wyważona, niezbyt lejąca, ale i nie za gęsta. Przyjemnie się nim maluje też ze względu na dobrze dobrany pędzelek, który moim zdaniem nadaje się i do wąskiej, małej płytki, jak i do okazałych paznokci :)


Co do wydajności to przeciętniaczek. Zachowuje się tak jak zdecydowana większość lakierów. Do zadowalającego krycia potrzeba dwóch średniej grubości warstw. Opakowanie ma 12 ml, więc spokojnie wystarczy na bardzo długi czas.

Trwałość lakieru jest również przeciętna. Na moim standardowym zestawie bazy i top coatu trzyma się około 3 dni.

Czy polecam ten lakier?
Tak, ale tylko ze względu na kolor. Jest ładny i rzadko spotykany, uważam, że dobrze wygląda zimą, jak przy opalonej skórze. Ale jeśli nie chcecie malować paznokci zbyt często, nie zawracajcie sobie nim głowy. Może jego cena nie jest wygórowana (ok 10 zł, dostępny wyłącznie w sklepach internetowych), ale spokojnie za takie pieniądze można dostać o wiele lepsze lakiery bez zbędnego doliczania kosztów przesyłki - jako przykład mogę podać Rimmel 60s albo lakiery z firmy Golden Rose.

Dla potwierdzenia moich słów, zdjęcia. Uważam, że lakier o wiele lepiej wygląda jeśli dodamy do niego jedną warstwę refleksów.